tym razem bardzo ciekawe
http://www.bociany.kalinski.pl
pisklaki sie juz wykluwaja ![]()
Windsurfing 22 maja 2005 Brak komentarzy
Temat pozornie bliski Naleśnikom, ale z czego to nie można zrobić placków. Ostatnio moja Pani zażądała, żebym zrobił dla niej placki kukurydziane takie, jakie kiedyś jadła w Łebie w budce - żółciutkie, pachnące, z ostrym sosem. W życiu nie robiłem placków kukurydzianych, ale mus… Kupiłem mąkę kukurydzianą ukręciłem ją z 2 jajkami i połową szklanki mleka na dość gęsto, dodałem trochę vegety i na rozgrzaną oliwę. Koloru pilnowała Ona. Kiedy powiedziała, że wyglądają tak jak te w Łebie, wyłowiłem i dałem z sosem chili. Ponoć okazały się lepsze niż oryginały. A z czego jeszcze umiecie robić placki?
na Sportowo 20 maja 2005 Brak komentarzy
Z piekielnych czeluści mojego twardego dysku wygrzebałam taką oto staroć, napisaną przeze mnie przed czteroma laty… i postanowiłam się podzielić
Opinie dotyczące zarówno samej treści, jak i tematu felietonu - mile widziane!
[center:66edbf5a85]O wyższości wanny nad kabiną prysznicową[/center:66edbf5a85]
Problem na pewno nie jest błahy. Co lepsze - wanna czy prysznic? Prysznic niewątpliwie mniej miejsca zajmuje w naszych przeważnie niewielkich łazienkach. Powiadają, że wygodny, funkcjonalny i że wodę oszczędza. Zdaje się być modny i nowoczesny - przecież to wynalazek współczesności. Albowiem jak świat światem, ludzie zawsze pławili się w wannach różnorakich, przy mnogości ich rodzajów i form, w tej liczbie w miskach, miednicach i baliach. Po stronie czego zatem należy się opowiedzieć? Po stronie nowoczesności czy tradycji? Po stronie wody bieżącej, czy wody stojącej? A jeśli by analogii w przyrodzie się doszukiwać - po stronie wodospadu czy jeziora…?
Dzieckiem kilkuletnim będąc, marzyłam o tym, żeby spędzić noc w wannie. Nie wypełnionej wodą oczywiście, tylko zasłanej pościelą, niby łóżko. Myślałam sobie, że gdyby tak wnętrze wanny wyłożyć miękkimi poduchami, to zrobiłoby się bardzo miłe, ciepłe i przytulne. Gabaryty naonczas miałam odpowiednie, żeby marzeniom właśnie takowym się oddawać, gdyż cała moja nieduża i szczuplutka osoba w wannie mieściła się idealnie. Imaginacja nieposkromiona roztaczała przed mymi oczami piękne wizje odwiedzin w naszym domostwie bliżej nieokreślonej dużej grupy gości i przy braku wystarczającej ilości miejsc noclegowych, moje przenosiny do łazienki… prosto do wymoszczonej pościelą wanny. Marzenie owo pozostało niespełnione, wyrosłam i z marzenia, i z wanny… Chociaż… gdyby mieć tę wannę większą…
Jak natomiast mogłaby wyglądać noc w kabinie prysznicowej? Nijak… nie da rady! Zbyt mała, zbyt płytka… kwadratowa! Żadna przyjemność. Nie bądźmy więc okrutni! Nie odbierajmy marzeń najmłodszym, montując w naszej łazience prysznic zamiast wanny…
A ten dreszcz przejmującej grozy, przebiegający gdzieś po grzbiecie, kiedy to po długim moczeniu ciała w wannie, na mojej dziecięcej skórze pojawiały się straszne choć zarazem śmieszne zmarszczki? Mama zwykła wtedy mówić, że zaczęłam się starzeć w nadzwyczajnym tempie, że nie pozbędę się już tych okropnych bruzd! Wiedząc, że rodzicielka stroi sobie ze mnie żarty, mimo wszystko wyskakiwałam w popłochu z wanny… Cóż, pod prysznicem zabawa taka nie byłaby możliwa!
Wanna potrafi przynosić radość nie tylko dzieciom. Ma mnóstwo zalet. Jedną z ważniejszych wydaje mi się możliwość rozgrzania jestestwa swego w wannie wypełnionej gorącą wodą w długi zimowy wieczór… kiedy na zewnątrz szaleją okrutne śnieżyce, mróz aż skrzypi, a kaloryfery słabo grzeją. Czujesz, że dopada Cię przeziębienie? Herbatka z malin w dłoń i do wanny! Nie ma lepszego sposobu na zapobiegnięcie chorobie niż porządne wymoczenie się w wannie; należy oczywiście kontrolować temperaturę i nie pozwalać żeby woda zamieniała się w zimną zupę… A pod prysznicem? Z gorącym napojem malinowym? Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić!
Pławiąc się w wannie książkę można sobie poczytać - choć mając na uwadze bezpieczeństwo rzeczonej książki lepiej żeby nie była pożyczona z biblioteki tudzież od znajomego… Można porozmawiać przez telefon… i tu widać, że wanna znakomicie odnajduje się w dobie telefonów bezprzewodowych, a zwłaszcza tak zwanych komórek. Bo jak tu rozmawiać przez telefon pod prysznicem? Są oczywiście telefony wodoodporne, niemniej nie każdego stać na taki egzemplarz! Cóż to za przyjemność zresztą, prowadzić konwersację przy wtórze nerwowego poszumu wody tryskającej z prysznica…
Moja nastoletnia siostra zwykła siedząc w wannie wysyłać ze swojego telefonu komórkowego krótkie wiadomości tekstowe, popularnie zwane SMS. Niemożliwością wydaje się natomiast wysłać cokolwiek spod prysznica, kiedy woda leje się gdzieś z góry szerokim strumieniem. Zbyt nerwowo, zbyt niespokojnie…
Świat pędzi do przodu jak szalony, czasem więc należy nam się trochę relaksu w bezpiecznym zaciszu domowej łazienki. Kąpiel w pianie, kąpiel w kozim mleku dla poprawy urody… kąpiel wśród fiołkowych płatków… Pod prysznicem relaks taki nie jest możliwy. Do wody w wannie możemy natomiast dolać jakiś olejek zapachowy i odprężać się jeszcze skuteczniej. A wanna z hydromasażem? To jest dopiero wynalazek! Z wysoce wiarygodnych źródeł zaczerpnęłam informacje, że hydromasaże leczą i zapobiegają: schorzeniom kręgosłupa, zaburzeniom układu krążenia, nerwicom, wiotczeniu mięśni i skóry oraz łagodzą ujemny wpływ stresu na organizm człowieka! Same zalety!
Wanna, przy całej swej użyteczności, może być też prawdziwą ozdobą łazienki - taką, jaką zwykła kabina natryskowa być nie potrafi. Wanny mogą mieć kształty przeróżne; standardowe i proste, wymyślne i fikuśne, mogą być kwadratowe, prostokątne, owalne, trójkątne… wszystko zależy od tego, jaką sobie zażyczymy. Wanna stworzyć może w naszej łazience niepowtarzalny klimat i niezwykłą atmosferę.
Jednym słowem - wanna znacznie przewyższa prysznic, zarówno w swej formie, jak i w treści! Pławmy się tedy w wannach, czytajmy w nich książki, rozmawiajmy przez telefon, oglądajmy telewizję, śpijmy w wannach! Korzystajmy z ich wszystkich dobrodziejstw; dobrodziejstw, jakich natryski nie są w stanie nam zapewnić!
Warszawa, 19 kwietnia 2001 r.
Windsurfing 10 maja 2005 Brak komentarzy
Rozdział I
-Bridget! Bridget! Wstawaj!- Krzyczał ktoś pod domem.
Bridget, 18-letnia czarnowłosa dziewczyna o szarych oczach, zwlekła się z łóżka i spojrzała na budzik. Była 4.20 rano.
-Czego ona znów chce?- Jęknęła, nałożyła szlafrok i wyszła przed dom. Zatęskniła za łóżkiem, gdy otoczył ją chłód powietrza.
-Czego?!- Krzyknęła do przyjaciółki.
-Zbieraj się…- Wysapała ta- …One znów atakują!- W ręku miała zakrwawiony miecz, jej rozwiane blond włosy były posklejane krwią, nad okiem zaś widniało głębokie rozcięcie.
Bridget szybko włożyła na siebie płaszcz, wzięła miecz i wybiegła z domu.
Natalie,(bo tak miała na imię jej przyjaciółka) poprowadziła ją na łąkę gdzie przeważnie razem ćwiczyły.
Postacie w czarnych strojach tworzyły krąg wokół dwóch dziewczyn z mieczami.
Dziewczyna spokojnie podeszła do kręgu i delikatnie klepnęła jedną postać w ramie.
Wampir odwrócił się.
-Sorry koleś, ale zasłaniasz mi widok- Powiedziała i zanim wampir zdążył wydać z siebie jakikolwiek odgłos, skróciła go o głowę, która potoczyła się po trawie. Bridget nie zwróciła jednak na to uwagi i zaczęła walczyć z innymi wampirami.
Dziewczyny zachęcone jej śmiałością ruszyły do walki.
Jeden z wampirów próbował przebić ją na wylot, lecz nie zdążył, dziewczyna posłała go na tamten świat.
W ostatniej chwili orientowała się, że Syria ma kłopoty. Bridget w jednej chwili znalazła się przy niej zabijając dwa wampiry.
-Dzięki- Krzyknęła Syria, ale Bridget nie zdążyła odpowiedzieć, bo miecz przeciął jej ramię.
Powoli odwróciła się.
-Ach to ty!- Powiedziała kwaśno na widok wampira w długiej pelerynie z blond włosami do ramion.- Widać Voldzio nie trudzi się by wysłać swoich najlepszych ludzi.
- A co? Ja ci nie wystarczam?- Spytał zadając kolejny cios. Dziewczyna zdążyła odskoczyć.
Przez chwilę mierzyli się zimnym spojrzeniem. Bridget zaatakowała. Odskoczył.
Naokoło nich latały flaki i bryzgała krew. Lecz nie interesowało jej to, chciała go jedynie zabić.
„Skurwysyn jest dobry” pomyślała.
-Widać wyszłaś z wprawy- Powiedział.
-Jesteś tego pewien odparła i jednym szybkim ruchem skróciła mu włosy.
Wampir wściekł się nie na żarty. Chciał ją zaatakować, lecz nie zdążył, bo z oddali błysnęło czerwone światło.
-Drużyna odwrót!- Ryknął w stronę wampirów- Jeszcze się zobaczymy- dodał.
-Jasne! Ale najpierw się równo ostrzyż, nie jestem dobrym fryzjerem- odparła spokojnie.
Wampiry zniknęły.
- No! Całkiem dobra rozgrzewka.- Stwierdziła Bridget.
-Całkiem. Całkiem.- Potwierdziła Natalie.- Ale na drugi raz wyślijcie kogoś innego by ją obudzić.- Powiedziała i wskazała głową na Bridget.
-Kto wpadł na pomysł żeby walczyć o 4.20!- Jęknęła Andrea.
-No a jak myślisz?- Spytała Syria- To chyba jasne, że ten głąb „Lord Voldemort”- Powiedziała gestykulując.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem i rozeszły się do swoich domów.
Gdy Bridget wróciła do domu ojca jeszcze nie było.
„Pewnie jest w pracy” pomyślała i poszła wziąć gorący prysznic. Chciała na spokojnie przemyśleć całą sytuacje.
Znów nawiedziło ją niemiłe uczucie ze kiedyś nie dadzą sobie rady.
Ona i Andrea; pełnoletnie czarownice, Natalie: charłak i Syria: mugolka o niezwykle zaciętym charakterze.
Syria… pamięta jak dziś jak to się stało, że zwykła mugolska dziewczyna dołączyła do ich paczki.
Dokładnie 2 lata temu w sierpniu, gdy ona i Andrea były w parku napadła na nie grupa śmierciożerców. Jako niepełnoletnie czarownice nie mogły używać magii po za szkołą.
Wtedy właśnie pojawiła się Syria. Gdy jeden ze śmierciożerców zamierzał z nimi skończyć Syria rzuciła się na niego i przebiła go krótkim sztyletem, który zawsze nosiła przy sobie…
Jednym słowem uratowała im życie. Od tej pory stały się nierozłączne.
Po 2 miesiącach postanowiły zdradzić jej swoją tajemnicę. Tak stały się zgraną paczka.
Natomiast z Natalie to zupełnie inna bajka, po prostu była od zawsze i już. Zawsze pomocna, ofiarna i roztrzepana Natalie.
Z rozmyślań wyrwał ja wesoły głos ojca wołający z dołu:
-Bridget! Wróciłem!
Zakręciła wodę i szybko zeszła na dół.
-Cześć!- Powiedziała i przytuliła ojca.- Jak tam w pracy?
-Eee… jak zawsze- machnął ręką- Parę włamań i masakra na polance niedaleko szkoły, ale to już przypada pod wydział zabójstw.- Powiedział i uśmiechnął się.
Bridget przełknęła ślinę. Za nic nie przyznałaby się ojcu, że właśnie ona i jej koleżanki są sprawczyniami tej masakry. Fakt, ojciec tez był czarodziejem, ale nie zrozumiałby tego.
Za bardzo się o nią martwił.
-No, ale czemu jeszcze nie śpisz?- Spytał troskliwie- Musisz się wyspać, masz jutro na ósmą.
Dziewczyna powlekła się do swojego pokoju, padła na łóżko i od razu zasnęła.
Rozdział II
-Bridget! Pobudka!- Zawołał ojciec z dołu.
-Chwil- Mruknęła przeciągając się.
-Jest 7.40!- Odezwał się znowu głos ojca.
-O cholera!- Zaklęła, gramoląc się z łóżka- Czemu ten pieprzony budzik nie zadzwonił?!
Gdy udało jej się wstać, ubrała się i zbiegła po schodach do kuchni.
„Za pięć minut zaczynają się lekcje!” Pomyślała „Jestem już martwa!”
-Tato, podwieziesz mnie?- Spytała błagalnym tonem.
-Nie mogę, auto jest jeszcze w naprawie- Powiedział.
-A radiowóz?- Bridget chwyciła się ostatniej deski ratunku.
-Przyjeżdża po mnie kolega z pracy- Odparł- nie dostałem jeszcze swojego radiowozu.
Jej nadzieje legły w gruzach.
Szybko spakowała się i wybiegła z domu, w duchu przeklinając budzik.
Kiedy dobiegła do szkoły było już grubo po 8.00. Jak burza wpadła do klasy.
-Panno Boldwell- Powiedział spokojnie nauczyciel Historii, pan Fiord.- Spóźniłaś się!
-Przepraszam- Wysapała i podreptała do swojego stolika.
-A, więc jak już mówiłem, zanim wpadła panna Boldwell- Popatrzył na nią uważnie- Na zadanie domowe proszę przeczytać rozdział IV i V. A w przyszłym tygodniu kartkówka z tego tematu.
Gdy zadzwonił dzwonek wszyscy wybiegli na przerwę. Bridget już chciała wyjść z klasy, lecz profesor Fiord zawołał ją do swojego biurka.
-Słucham panie profesorze.- Powiedziała grzecznie.
-Dziś znów się spóźniłaś!- Powiedział z naganą.
-Przepraszam- Dziewczyna spuściła wzrok.
- To już piąty raz!- Odparł profesor- Jeśli tak dalej pójdzie to oblejesz ten przedmiot.
-To już się nie powtórzy- Przyrzekła solennie dziewczyna i pobiegła na kolejne lekcje.
-Brrr… jestem padnięta- Stwierdziła Syria.
-Jeszcze ta ciapa!- Dodała Natalie.- A przecież to dopiero wrzesień! Gdzie jest słońce?- Westchnęła.
-A ja coś dla ciebie mam!- Powiedziała nagle Andrea.
-Hm?
-No w końcu dzisiaj twoje urodziny- Powiedziała radośnie- A ja nie mogę przyjść na imprezę- Dodała już ciszej.
Bridget robiła „małą” imprezę z okazji swoich urodzin, ale niestety Andrea w tym samym czasie jechała do swojej matki do szpitala( jej matka była w śpiączce).
-No to trzymaj- Powiedziała i podała jej pudełko, które cały dzień taszczyła ze sobą.
-Co to?- Spytała z ciekawością Bridget.
-Otwórz to zobaczysz- odpowiedziała Andrea.
-No dalej!- Ponaglały Syria i Natalie.- Otwieraj!
Bridget delikatnie uniosła pokrywę i zajrzała.
-Boże, jaki śliczny!- Zachwyciła się, gdy z paczki wystawił łepek mały czarny jak węgielek piesek.
-Gdzieś ty takiego znalazła?- Spytała zachwycona Natalie.
-Pamiętacie Kła? Psa Gajowego?- Spytała a gdy dziewczyny potwierdziły dodała- To jego szczeniak.
-Łał! Kieł znalazł sobie partnerkę!- Spytała Syria.
-Tak- Potwierdziła Andrea.- Ten był najładniejszy.
-Jak go nazwiesz?- Zwróciła się Natalie do Bridget.
-Hmm…- Zastanowiła się chwile Bridget- …może Share?
-Nawet ładnie- Przyznała Andrea a Bridget przytuliła Share do siebie i poszła do domu.
-Wróciłam!- Zawołała do pustego domu. Jej ojciec jeszcze był w pracy.
Walnęła plecak o podłogę i poszła nalać mleka pieskowi( gdzieś słyszała ze szczeniakom można podawać mleko).
-No pij mały.- Powiedziała podsuwając mu miskę z mlekiem pod mordkę. Pies zaczął z radością chłeptać mleko.
Nagle zadzwonił telefon, Bridget powoli podniosła słuchawkę
-Halo?- Spytała.
-Cześć skarbie!- Odezwał się głos ojca- Musze dziś zostać dłużej w pracy.
-O.K. rozumiem- Odpowiedziała smutno- O której wrócisz?
-Koło 3.00 nad ranem- Odpowiedział a Bridget jeszcze bardziej posmutniała.
-No to pa!- Powiedziała i odłożyła słuchawkę.
Bridget była do tego przyzwyczajona, ponieważ ojca czasem nie było w domu nawet 24 godziny na dobę.
-No to jesteśmy dziś same- Powiedziała głaskając Share po łebku- Nie wiem jak ty, ale ja idę się uczyć.
Gdy odrobiła zadanie stwierdziła, że nie będzie czekać na ojca tylko pójdzie spać.
Ułożyła Share na fotelu po przeciwnej stronie swojego pokoju i poszła spać.
Około 24.00 Bridget obudziła się, zaniepokoił ją dźwięk dochodzący z fotela, na którym spała Shara. Powoli zbliżyła się do fotela. Zamiast Shar’y w fotelu siedział… wampir o białych jak śnieg włosach.
-Ty…- Syknęła Bridget sięgając po miecz, lecz nie było go na miejscu.
-Tego szukasz?- Spytał wampir bawiąc się jej mieczem. Bridget była zupełnie bezbronna.
Jej różdżka leżała w kuchni na blacie, nie zdążyłaby dobiec, wampir mógłby w tym czasie ją zabić.
-Czego chcesz?- Spytała.
-Hmm…powiedzmy, że chcę ci złożyć propozycję…
-Ty?- Przerwała mu, Bridget.
-…Od Czarnego Pana- Dokończył.
-Och!- Westchnęła Bridget robiąc słodką minkę- A więc teraz bawisz się w posłańca?
Wampir zignorował ją.
-Jak mówiłem Czarny Pan kazał ci przekazać, że daje ci ostatnią szansę by przejść na jego stronę, w zamian za to proponuje ci niezliczoną ilość bogactw i wszystko, co zechcesz- Wyrecytował.
-Odpowiedź jest jednoznaczna: NIE.- Powiedziała twardo.
- No cóż, pamiętaj jednak, że to była ostatnia szansa- Stwierdził obojętnie i usiadł na fotelu.
-Bardzo ładna fryzurka- Bridget nie umiała się oprzeć tej pokusie, wiedziała, że to jego słaby punkt.
Miała racje, wampir jednym skokiem znalazł się przy niej i przyłożył jej miecz do gardła.
-Jeszcze raz o tym wspomnij- Wysyczał- A nie zawaham się.
Chociaż Bridget wiedziała, że znajduje się w fatalnej sytuacji nie umiała oprzeć się pokusie rozjuszenia wampira jeszcze bardziej.
-A co? Tak kochałeś swoje włoski?- Spytała.
Wampir mocniej przycisnął jej miecz do szyi.
-Uważaj- Zasyczał.
Bridget cofała się przerażona do tyłu, zdawała sobie sprawę, że przesadziła.
-Voldzio nie był by zadowolony gdybyś mnie zabił.- Powiedziała. Nie mogła się już dalej cofać, za nią było łóżko.
Wampir opanował się.
-Już nie jesteś taki pewny- Zadrwiła, lecz naprawdę ulżyło jej, gdy wampir odsunął miecz.
Wampir nie odpowiedział.
-Może byś tak już poszedł?- Spytała ponuro.
-Oczywiście- Odparł- Ale z tobą.
-O co, to nie- Odparła przerażona.
Lecz wampir mimo protestów podszedł do niej i teleportował.
***
Bridget upadła no podłogę. Nie była przyzwyczajona do teleportacjai( oblała egzaminy)
-Witajcie- Powiedział zimny i wysoki głos.
Bridget powoli podniosła się z ziemi.
-O! Voldzio!- Powiedziała bez zastanowienia.
- Milcz!- Odparł wampir uderzając ją z liścia w twarz a Bridget obrzuciła go nienawistnym wzrokiem.
-Jeśli się tutaj znalazłaś, to znaczy, że nie zgodziłaś się na moją propozycję.- Powiedział powoli Voldemort.- Czemu?
-Primo: nie mam zamiaru skończyć taj jak Potter, przyłączył się do ciebie i zginął. Sekundo: Nie chce być takim bałwanem jak ten obok- Powiedziała wskazując na wampira.
-I nie zmienisz zdania?- Spytał kpiąco Voldemort.
- Stanowczo NIE!- Odparła bez wahania.
- Dzisiaj wyjątkowo nie mam ochoty na tortury- Powiedział Lord- Więc jutro się z tobą rozprawię.
Bridget przełknęła ślinę.
- Draco!- Zawołał Lord do wampira stojącego obok- Zajmij się nią i zapewnij jej wszelakie wygody.
Bridget siłą została zaprowadzona do obszernego lochu o wysokim sklepieniu, był urządzony bardzo gustownie, choć ponuro. Koło kominka z czarnego marmuru stały dwa fotele i kanapa, na podłodze leżał czarny zamszowy dywan, w pomieszczeniu było pełno półek z książkami. Pod ścianą stało także czarne łóżko z baldachimem a obok na ścianie widniał portret przedstawiający kobietę o białych długich włosach, skrzydłach białych jak śnieg, żółto-szarych oczach i długich białych paznokciach, jej skóra była jak kartka papieru a cała postać obleczona była w białą suknię sięgającą bosych stóp.
-Witaj w moim lochu! Rozgość się!- Powiedział wampir, kiedy zostali sami.
-Lubisz czytać.- Stwierdziła Bridget podchodząc do półek z książkami.
-Tak…- Odparł.-… Ty też.
Bridget uśmiechnęła się, w jej pokoju stało kilka regałów z książkami, które już dawno zostały przeczytane, a z biblioteki nie korzystała, ponieważ nie było tam książki, która nie wpadła w jej ręce.
-Idź spać.- Powiedział wampir wskazując jej łóżko.- Jutro będzie ciężki dzień.
- A ty gdzie będziesz spać?- Spytała niby od niechcenia Bridget.
- Nie martw się, nie z tobą.- Odparł a lekki uśmiech zaigrał na jego ustach- Na kanapie.
Bridget uspokojona skierowała się do łóżka a wampir odszedł z niesmakiem do kanapy.
W środku nocy ktoś załomotał do drzwi, wampir obudził się i otworzył.
-Zbieraj się, idziemy na małe polowanko.- Oświadczył jakiś chropowaty głos.
Draco narzucił na siebie płaszcz i wyszedł zamykając drzwi na klucz. Bridget została sama w zamkniętym lochu, zasnęła.
Niedługo później obudził ją trzask otwieranych drzwi. Lekko uniosła głowę i zobaczyła wampira. Wampir kulał a jego szata była lekko podarta i postrzępiona.
Usiadł w fotelu przed kominkiem popijając jakiś bursztynowy płyn. Bridget po cichu stanęła za fotelem.
-Napijesz się?- Spytał Draco a Bridget potakująco skinęła głową. Wampir podał jej szklankę.
-Coś się stało?- Spytała siadając w fotelu obok.
Wampir uśmiechnął się ironicznie.
-Prócz tego, że aurorzy przeszkodzili nam w „zabawie”, że połowę z nas złapali i że Czarny Pan obwinia o to wszystko mnie- Napił się bursztynowego płynu- To chyba nic się nie stało.
Dziewczyna milczała.
-Ach, zapomniałbym.- Powiedział- Jutro Czarny Pan chce się z tobą widzieć.
-Po, co?- Spytała, choć dobrze znała odpowiedź.
-Żeby spytać cię czy nie zmieniłaś zdania.- Odparł
-A, jeśli odpowiedź dalej będzie brzmieć nie?
- No to po prostu każe cię zabić.- Obojętnie wzruszył ramionami.
Bridget nie przestraszyło to, co powiedział Draco, wiedziała, że kiedyś przyjdzie na nią pora, choć miała nadzieję, że przyjdzie trochę później.
- Idź spać, jutro będzie ciężki dzień.
- I kto to mówi- Odparła cicho.
Nastała chwila ciszy przerywana tylko trzaskaniem płomieni w kominku.
-Kim jest ta kobieta z portretu?- Spytała końcu przerywając niemiłosierną ciszę.
Wampir nagle jakby spoważniał.
-Biała Wampirzyca- Odparł cicho spoglądając na portret- Nazywają ją też Aniołem Śmierci.
Bridget patrzyła w obraz jak urzeczona.
-Piękna- Wyszeptała.
-Piękna i niemiłosierna- Dodał Draco.
***
-Skarbie wróciłem!- Rozległ się głos ojca.
W domu panowała cisza, mężczyzna z niepokojem przeszukała cały dom, w końcu skierował się do pokoju córki. Pokój był pusty.
***
- Pobudka!- ktoś zerwał z Bridget kołdrę….
- Tatuś…chwilunia…- jęknęła przeciągając się-…mam na dziewiątą…
Po chwili zwinęła się w kłębek.
- To nie tatuś- odparł natręt ciągnąc ją za rękę- ani mamusia- dodał po chwili zastanowienia.
Dziewczyna uchyliła powiekę, w pokoju panował półmrok.
-Przecież jeszcze ciemno- odparła przecierając oczy.
Wampir, który wykorzystał już zasoby swojej cierpliwości chwycił ją za łokieć i brutalnie postawił na ziemi.
- Nie dla Czarnego Pana.
Podziałało. Bridget od razu się rozbudziła.
Mrugając rozejrzała się po pokoju. Już wiedziała gdzie i po co jest.
Draco przypatrywał jej się chwilę dziwnym wzrokiem i rzucił jej białą szatę.
- Po co to?- spytała zdziwiona.
- Chyba nie masz zamiaru paradować przed Czarnym Panem w samej koszuli nocnej*- obrzucił ja jeszcze raz spojrzeniem.
Dziewczyna uznała to za wystarczający powód i szybko narzuciła szatę.
Mężczyzna zaprowadził ją do tej samej sali gdzie się teleportowali.
Dopiero teraz rozejrzała się dokładnie po pomieszczeniu. Było na tyle duże by zmieścili się w nim wszyscy śmierciorzercy naraz.
Przy jednej ze ścian stał duży rzeźbiony kominek. Podłogę pokrywały białe płytki, a ściany ozdabiały różnego rodzaju bronie. Na samym środku komnaty stał czarny rzeźbiony tron…”Zero gustu, pomyślała Bridget”
Zaś na tronie w całej swej obrzydliwej okazałości siedział Lord Voldemort.
Draco schylił się przed swoim panem w niskim ukłonie.
-Witam, mam nadzieję, że spałaś wygodnie- zwrócił się do niej Lord- i że zmieniłaś decyzję.
Bridget popatrzyła na niego ze złością.
- Co do pierwszego, to dziękuje, spałam wygodnie- zdobyła się na najsłodszy głosik z jak największą ilością jadu- Co do drugiego muszę niestety zaprzeczyć.
Voldemort wydał z siebie coś na dźwięk westchnięcia.
- Wiesz, że nie pozostawiasz mi wyboru, moja droga- klasnął dwa razy dłońmi i do stali wszedł jeden ze śmierciorzerców.
Dziewczyna rozpoznała go natychmiast, był to legendarny przyjaciel Pottera. Ronald Weasley.
- Zostawiam ci ją do dyspozycji.
- Panie- odezwał się nagle Draco- Wolałbym…Chciałbym poprosić…
-Rozumiem- przerwał mu Lord- Jest twoja.
-Dziękuje.
Pyknęło i Voldemort znikł razem z Weasleyem. Zostali sami.
Wampir wyciągnął za pazuchy różdżkę i podał ją dziewczynie.
- Chce żeby to była równa walka- powiedział.
Kiwnęła głową.
Pierwsze zaklęcie poleciało od strony Bridget, chybiło.
W końcu sala wyglądała jakby zapełniało ją pełno kolorowych światełek, wszystkie wcelowane w mężczyznę, który jawnie z nich sobie kpił.
W końcu dziewczyna zmęczyła się.
-Niezła jesteś- skwitował Draco.
Bridget prychnęła.
- Czy ciebie nie da się zabić?
- Szczerze- wampir zastanowił się chwilę- da się,…ale na pewno nie tym sposobem.
- To, jakim- spytała obojętnie.
- Jeśli myślisz że ci powiem to jesteś w błędzie, dziecko.
Tego było już za wiele. Mogła znieść wszystko, ale nie nazwanie jej Dzieckiem!
Bez wahania chwyciła wiszący na ścianie miecz i cięła. Mężczyzna chwycił się za ramie, tego się nie spodziewał. Jednym ruchem ręki wysłał ją na przeciwległą ścianę z głuchym uderzeniem.
Dziewczyna jęknęła próbując się podnieść. Bez skutku.
- Najpierw przemyśl dwa razy, z kim walczysz, a później atakuj- wysyczał podchodząc do niej.
Kolejnym skinieniem ręki podniósł ją nad podłogę i uderzył w drugą ścianę.
Powoli podszedł do niej z drwiącym uśmiechem.
-Masz dość- spytał.
-Chciałbyś- wycharczała próbując się podnieść. Odszukała różdżkę leżącą na podłodze i posłała w jego stronę avadę. Zaklęcie odbiło się od wampira nie czyniąc najmniejszej szkody.
Draco zaczął jawnie się z niej śmiać.
Dziewczyna powoli zaczęła wycofywać się w stronę kominka, w nim widziała swoja ostatnią nadzieję.
- A więc czas się nam pożegnać- powiedział udając smutek.
Dwa kroki, jeden. Bridget szybko zabrała z kominka pudełko, otworzyła je i rzuciła jego zawartością w oczy wampira.
-Ty…- wysyczał trąc oczy z bólu.
-Tak pożegnamy się, bo na mnie już czas. Adieu.- wrzuciła do kominka resztkę proszku i weszła w teraz już jasnozielone płomienie.
- Mortus Street 18- Zawołała i zniknęła w płomieniach.
Starszy mężczyzna poderwał się z fotela widząc wirujące fotele.
- Bridget!- zawołał na widok wychodzącej postaci.
- Tato…- zemdlała.
* przypomnienie- jak ktoś zostaje porwany w środku nocy przeważnie jest w pidżamie lub koszuli nocnej…
Rozdział III
Dziewczyna powoli odzyskiwała przytomność. Rozejrzała się dokoła. Powoli przypomniały jej się wydarzenia z wczorajszego dnia, walka, teleportacja. Cieszyła się, że leży bezpiecznie w swoim pokoju.
- O…Obudziłaś się - rozległ się głos przy drzwiach.
- Tak, tato- Przetarła oczy. - Która godzina?
- Dziesiata rano - odparł uśmiechnięty.
Bridget w jednej chwili stanęła na nogi i zaczęła szukać jakichś czystych ubrań.
- Spóźnię się do szkoły! - jęknęła, przewracając stertę ciuchów leżących na podłodze.
- Spokojnie, zawiadomiłem nauczycieli, że jesteś chora - Ojciec nie przestawał się uśmiechać.
Dziewczyna z westchnieniem ulgi usiadła na łóżku.
- Co na śniadanie? - Dopiero teraz uświadomiła sobie, jaka jest głodna.
- Hm… Jajecznica, tosty, kakao - zastanowił się. - Może być?
Odpowiedziała mu radosnym uśmiechem.
- Gdzie jest Share? - spytała w połowie śniadania.
- A więc tak ma na imię to małe coś, co zabrudziło całą posadzkę w holu?- Ojciec spojrzał na nią z pod łba.
- No.. tak. Dostałam ją od Andrei… i mogę ją zatrzymać? - Zrobiła maślane oczy, - Proooszę.
Ojciec zastanawiał się przez chwilę, po czym westchnął zrezygnowany.
- Chyba nie mam wyboru.
Uszczęśliwiona Bridget dokończyła jajecznicę i kakao. Tosty zostawiła, nie była miłośniczką zwęglonych.
- Chciałbym jeszcze chwilę z tobą porozmawiać - zatrzymał ją ojciec po skończonym śniadaniu.
Dziewczyna spojrzała na niego pytająco.
- Po tym jak teleportowałaś się do domu, od razu zawiadomiłem aurorów - przeszedł od razu do sedna sprawy. - Złapali oni parę podejrzanych ludzi ( i nieludzi) i chcieliby, żebyś spróbowała rozpoznać tego, kto cię porwał - Spojrzał na nią wyczekująco.
- Okej - odpowiedziała bez przekonania. Targnęło nią jakieś nieznajome uczucie.
- W takim razie idź po płaszcz - powiedział. - I nie martw się, wszystko będzie dobrze.
Przytulił ją poczym ruszył w stronę kominka.
Przemierzając zatłoczony korytarz departamentu Magii czuła dziwny niepokój.Niepewnie weszła do windy razem z ojcem, przez całą drogę na 7 piętro zastanawiała się czy ojciec wie, co teraz czuje. Gdy wychodziła z windy stwierdziła, że nie, nie wie.
Gestem ręki zaprosił ją do pokoju na końcu długiego korytarza.
-Witam, Panów- przywitał się z dwoma mężczyznami w czarnych garniturach- Artur Boldwell, ojciec Bridget.
Uścisnęli sobie ręce i zaczęli przedstawiać szczegóły przesłuchania ofiary i rozpoznanie porywacza.
W tym czasie Bridget rozejrzała się po pomieszczeniu. Miało średnie wymiary, podłoga była okryta wiśniowym linoleum, natomiast ściany czarną tapetą. Urządzone było dość skromnie, jeden duży stół, 5 krzeseł, półka zawalona papierami, całość oświetlona jedną lampką. Oprócz drzwi, którymi weszli, były jeszcze jedne a zaraz koło nich coś na wzór dużego okna, za którym była następna mniejsza sala. Dziewczyna domyśliła się, że jest to tak zwane „Weneckie Lustro”.
Po skończonej rozmowie ojca z dwoma agentami, Bridget została poproszona o to by usiadła na krześle i wszystko po kolei opowiedziała.
Sama nie wiedząc, czemu, ominęła tożsamość porywacza i wydarzenia z poprzedniego dnia.
-Czy znała przedtem Pani napastnika?- Spytał jeden z agentów.
-Nie- powiedziała niepewnie.
-Na pewno?- Spytał ponownie
Skinęła potakująco głową.
Mężczyzna dopisał coś na pergaminie zeznań.
-Myślę ze możemy przystąpić już do próby rozpoznania porywacza- stwierdził drugi mężczyzna, na co pierwszy skinął głową. Wyjął z kieszeni coś na kształt krótkofalówki i kazał wprowadzić podejrzanych do sali obok.
Dziewczyna spojrzała na szybę, do pomieszczenia za nią weszło około 6 osób.
-Rozpoznajesz któregoś z nich?- Spytał ojciec.
Jej wzrok powoli przesuwał się po twarzach ludzi. Wszyscy byli blondynami z wyjątkiem jednego chłopaka o rudych włosach, złudnie przypominał jej Dracona, oczywiście gdyby nie włosy, no i miał gdzieś na oko 16 lat.
Skierowała wzrok dalej, nic. Wszyscy ludzie za szybą byli dla niej obcy, nieznani.
-Nie ma go tutaj- powiedziała odrywając wzrok od szyby.
***
Następnego dnia Bridget także nie poszła do szkoły, za to gdy tylko ojciec wyszedł z domu postanowiła wyjść na mały spacer.
Szybko zapięła Sharę na smycz i ubierając kurtkę wyszła na ulicę. Powoli skierowała się w stronę parku, oazie spokoju.
Pogoda była w miarę znośna, ale choć nie padał deszcz, wiał silny wiatr. Share z lekkiego psiego truchciku przeszła do szybkiego biegu, co zmusiło jej właścicielkę, aby pobiegła za nią.
Dziesięć minut później zdyszana Bridget usiadła na najbliższej ławeczce łapiąc oddech po długim biegu.
-Co, co psina powie – zaczęła głaskać psa po grzbiecie.
Nagle ktoś usiadł koło niej na ławce…
Reszta ( tak jak zwykle) chyba w trakcie tworzenia….
Windsurfing 03 maja 2005 Brak komentarzy